Nowa rebelia na południu Syrii?

Na przestrzeni ostatnich miesięcy w południowej Syrii, głównie w mieście Daara oraz w miasteczkach wokół niego doszło do setek zamachów, zabitych zostało setki syryjskich żołnierzy, oficerów, urzędników państwowych, czy byłych rebeliantów, którzy złożyli broń. Daara to matecznik antyrządowej rewolucji z 2011 roku, ale w roku 2018 miasto oraz całe południe kraju wróciło pod, jak się okaże iluzoryczną, kontrolę Damaszku po błyskawicznej kampanii wojskowej oraz na skutek porozumień zawartych przy gwarancji Rosji. Co dzieje się teraz na południu Syrii i co może wydarzyć się w najbliższym czasie? O tym przeczytasz w poniższej analizie

Skala zamachów na przedstawicieli władzy i wojska wzmaga się od marca tego roku, ale już w poprzednich miesiącach niemal w każdym tygodniu odnotowywano kolejnych zabitych. Model działania jest zazwyczaj bardzo podobny. Zamachowcy atakują późnym wieczorem lub nocą, często pod domami niczego niespodziewających się ofiar. Oddają kilka cennych strzałów nie zsiadając z motocykla, a następnie pospiesznie oddalają się z miejsca zdarzenia. Początkowo ofiarami byli wyżsi oficerowie, członkowie służb bezpieczeństwa, liderzy polityczni, członkowie partii Baas, czy liderzy grup rebelianckich, którzy złożyli broń, ale ostatnimi czasy coraz częściej zdarzają się ataki na posterunki kontrolowane przez szeregowych syryjskich żołnierzy, budynki rządowe, czy komisariaty policji. Drugi model ataków jest dużo bardziej tradycyjny dla Bliskiego Wschodu, wielokrotnie dochodziło bowiem do ataków przy pomocy IED (improwizowany ładunek wybuchowy) ukrytych przy drogach, którymi poruszały się ofiary. Zamachy to były dużo mniej skuteczne, ale również zebrały krwawe żniwo.

Zamachowcy są coraz bardziej śmiali, a wśród Syryjczyków, zwłaszcza wśród żołnierzy coraz częściej można słyszeć o cichej rebelii, na którą nie chce odpowiednio zareagować Damaszek. Do ataków dochodzi właściwie we wszystkich miejscowościach na południu kraju, w Daarze, Nawa, Tafas, Dael, Jalin, Sheikh Sa’ad, Shaykh Maskin i wielu innych.

Jak wspomniano Daara była matecznikiem „syryjskiej rewolucji” wymierzonej w prezydenta Bashara al Assada, która wybuchła w 2011 roku. To w tym mieście doszło do pierwszych masowych protestów, to tam doszło do jednych z pierwszych walk i to tam powstały jedne z pierwszych zorganizowanych grup tzw. rebelii. Daara zawsze była przyczółkiem Bractwa Muzułmańskiego w Syrii. Wpływało na to sąsiedztwo Jordanii, w którym Bractwo zawsze miało silną pozycję. Bezpośrednia bliskość granicy powodowała, że mieszkańcy miasta utrzymywali się z przemytu narkotyków oraz broni. Ta nielegalna działalność ułatwiła pozyskanie broni, która ukryta czekała na stosowny moment, który nastąpił w 2011 roku.

Rebelianci z południa kraju uformowali koalicyjne dowództwo określane jako Front Południowy. Zdołali opanować południową część miasta oraz znaczną część prowincji z wyłączeniem obszarów leżących wzdłuż krajowej „piatki’ łączącej Damaszek z Daarą. Przez znaczną część konfliktu na południu kraju nie odnotowywano szerszych działań zbrojnych. Obie strony dobrze okopały się na swoich pozycjach i poza sporadycznym ostrzałem na froncie panowała względna cisza. Wyjątkiem mogą być krwawe walki o miasto Shaykh Maskin z przełomu roku 2015 i 2016 zakończone utrzymaniem miasta przez syryjską armię. Wspomnieć można również o zakończonej katastrofą ofensywie zjednoczonych rebeliantów/dżihadystów o kryptonimie „Południowy Sztorm” z lata 2015 roku, która miała zakończyć się tak jak niedawna ofensywa na Idlib. Syryjscy żołnierze zdołali jednak utrzymać wszystkie kluczowe punkty i zadań duże straty przeciwnikowi. Od tego momentu na południu kraju nie dochodziło już do kolejnych prób przełamania frontu.

Było tak aż do lata 2018 roku, gdy syryjska armia rozpoczęła operację o kryptonimie „Bazalt”. W wyniku błyskawicznej, bo trwającej lekko ponad miesiąc, ofensywy SAA zdołała opanować całą prowincję. Uniknięto również poważnych walk, bo większość rebeliantów zdecydowała się złożyć broń i przystąpić do pertraktacji. Te zostały wymuszone przez starszyznę i cywilnych mieszkańców, którzy pragnęli uniknąć ciężkich walk, które dwa lata wcześniej trwały w Aleppo. Zamiast krwawych walk podpisano porozumienia pojednawcze.

Zdecydowana większość rebeliantów po ujawnieniu swoich personaliów i oddaniu broni ciężkiej pozostała na obszarach będących wcześniej pod ich kontrolą. Syryjscy żołnierze nie weszli do miast i miasteczek zamiast tego organizując punkty kontrolne na ich rogatkach. W praktyce niewiele się zmieniło, formalnie tereny wróciły pod kontrolę Damaszku, w praktyce rządzili nadal rebelianci. Pewna ich część zdecydowała się jednak na pełne pojednanie, złożyła broń, skorzystała z amnestii i została włączona w skład milicji prorządowych, takich jak V Korpus tworzony pod auspicjami Rosji. W porozumieniach zawartych z mieszkańcami i ex rebeliantami wprowadzono zapis o sześciomiesięcznym okresie karencji od poboru do wojska. Okres ten minął, a widmo kolejnych ofensyw na Idlib wymuszało powołania do armii mężczyzn z południa, co spotkało się z ogromnym sprzeciwem. Cały model pojednawczy wprowadzony na masową skalę był zresztą wymuszony przez Moskwę, bo Assad gdyby tylko miał wolną rękę nie szedłby w żadnym wypadku na ustępstwa tylko przeprowadził pełną kampanię militarną celem pozbycia się swoich przeciwników. De facto nic się więc nie zmieniło, część południa kraju nadal kontrolowali rebelianci, jedyną różnicą było to, że flagi używane przez rebeliantów (zielono-biało-czarne) zastąpiono flagami Syryjskiej Republiki Arabskiej (czerwono-biało-czarne), a w miastach ponownie otwarto budynki administracji państwowej.

Wspomniany V Korpus powołany nominalnie do walki z nadal istniejącymi oddziałami Państwa Islamskiego, o czym napiszę w którymś z kolejnych artykułów, był jednak wykorzystywany jako jednostka frontowa w trakcie kampanii w Idlib. Ex rebelianci uznali takie działania dowództwa Korpusu jako sprzeniewierzenie się ustaleniom i zaczęli unikać poboru oraz wstępowania w jego struktury. Początkowo ich nadzieje na powrót do normalności były jednak spore, a możliwość służby pod rosyjskimi gwarancjami napawała optymizmem.

„To są nasze ziemie i miasta rodzinne, to stąd pochodzimy. Wyjazd do Idlib oznaczałby przesiedlenie. Być może stalibyśmy się uchodźcami w Turcji i z czasem zamienilibyśmy się w [tureckich] bojowników. Lepiej walczyć pod dowództwem rosyjskim i pozostać na naszych ziemiach.” – wypowiedź jednego z rebeliantów z Daary.

Problem związany z podpisanymi porozumieniami był jednak znaczący. Po raz pierwszy bojownicy, którzy jeszcze niedawno strzelali do syryjskich żołnierzy nie zginęli w walce, nie zostali aresztowani, czy nawet wywiezieni do Idlib (słynne zielone autobusy). Zamiast tego postanowiono pozostawić ich na miejscu z lekką bronią (co w sumie nie miało większego znaczenia zważywszy na bliskość granicy z Jordanią, która wcześniej ich wymiernie wspierała oraz mnóstwo ukrytych składów z bronią rozsianych we wszystkich miejscowościach). Daara stała się więc beczką prochu, która nie potrzebowała zbyt wiele by wybuchnąć.

Niewiele mogła również zmienić stała obecność na miejscu rosyjskiej żandarmerii wojskowej, której zadania w praktyce ograniczały się do demonstracyjnej obecności w prowincji. Nie szły jednak za tą obecnością żadne działania, Rosjanie nie interweniowali do momentu wybuchu poważniejszych starć. Wtedy zresztą ujawniali swoje istnienie tylko po to by wygasić walki i podpisać kolejne porozumienia. Ukryte komórki rebeliantów mogły i mogą więc działać bez skrępowania. Ich ataki nie były ograniczane w żaden szczególny sposób przez rosyjskich żołnierzy. Inaczej było z żołnierzami syryjskiej armii, którzy byli przez Rosjan blokowani przed wykonaniem bardziej radykalnych kroków wymierzonych przeciw rebeliantom. Brała się stąd frustracja samych żołnierzy, która wylewana jest na ich kontach na Twitterze i Facebooku. Czują się oszukani zarówno przez Moskwę jak i Damaszek domagając się przeprowadzenia szerokiej operacji przeciwko uśpionym komórkom rebeliantów.

Wyjątek mogą stanowić dwie operacje, zakończone co prawda przed czasem na skutek rosyjskiej interwencji, w Sanamyn i Muzayrib. Obie przeprowadzone były przeciwko rebeliantom ukrywającym się w tych miasteczkach i były skutkiem powtarzających się akcji zbrojnych wymierzonych w siły porządkowe, administrację i armię. Obie zakończyły się opanowaniem miasteczek przez syryjskich żołnierzy, ale jednocześnie podpisaniem kolejnych porozumień pokojowych i gwarancji swoistej autonomii dla tych obszarów, co w praktyce oznaczało, że powrócono do statusu quo. Pozycja administracji rządowej i armii w żaden sposób się nie poprawiła.

Oczywistym było, że sytuacja do której doszło na południu kraju nie może być zjawiskiem stałym. Żadne państwo nie może sobie pozwolić na istnienie na swoim terenie obszarów będących pod autonomiczną władzą wrogich wobec władzy bojowników. Wypracowane w 2018 roku porozumienie, narzucone Damaszkowi przez Moskwę, mogło sprawdzać się w tamtym momencie, gdy chcąc uniknąć walk i rozlewu krwi zdecydowano się na oddanie pewnej autonomii lokalnym, ale wrogim wobec ośrodka centralnego, społecznościom.

Ponawiające się zamachy i ataki na punkty kontrolne wymusiły przerzucenie na południe kraju dodatkowych jednostek syryjskiej armii, a to ma być w oczach rebeliantów namacalnym dowodem zerwania porozumień przez Damaszek. Jak zawsze obie strony wzajemnie oskarżają się o zerwanie warunków podpisanych rozejmów i trzeba oczywiście przyznać, że obie strony rzeczywiście to robiły, ale tylko jedna z nich zdecydowała się użyć jako pierwsza broni i byli to rebelianci. Nie bez znaczenia są również zadawnione spory, czy zwykła zemsta, spotęgowana jeszcze związkami plemiennymi. Z tego powodu wśród ofiar jest bardzo wielu byłych rebeliantów, którzy złożyli broń i spróbowali normalnie żyć lub, co gorsze weszli w skład struktur państwowych, w tym aparatu bezpieczeństwa. Zginęło również bardzo wielu liderów zarówno cywilnych jak i rebelianckich, którzy jawnie popierali rezygnację z walki i optowali za porozumieniem z Damaszkiem. Tych bardzo często dosięgają kule „sprawiedliwości”.

Oczywiście należy wskazań na najprostsze z możliwych powodów rosnącego oporu wobec władzy. Mimo przejęcia (często jak wskazałem iluzorycznej) kontroli nad południem kraju przez Assada status życia mieszkańców prowincji nie uległ wymiernej poprawie. Dzieje się tak z powodu rosnącego kryzysu gospodarczego spotęgowanego tylko przez pandemię koronawirusa. Syryjska gospodarka ostatnimi miesiącami mocno kuleje, ceny żywności wzrosły właściwie dwukrotnie.

Sytuacja na południu kraju jest jednak trochę bardziej skomplikowana. Władze centralne wyraźnie traktują południe kraju jako obszar drugo, a nawet trzeciorzędny i nie kierują tam większych transferów pieniędzy. Można domniemywać, że jest to swego rodzaju kara dla „nielojalnych”, ale przyczyną może być również płytka kieszeń ministra finansów, który nie ma już po co sięgać. Stąd na południu kraju bardziej niż w innych regionach dostrzega się problem bezrobocia, braku odbudowy kluczowej infrastruktury. Z drugiej strony ceny podstawowych produktów wyraźnie spadły, wcześniej były one windowane przez przemytników z Jordanii, ale po oficjalnym otwarciu przejścia granicznego w Nassib zbliżyły się do tych obowiązujących w Damaszku. Nawet spadek cen nie mógł jednak bilansować niskich dochodów i wysokiego bezrobocia. W czasie „rządów” rebeliantów znaczna część cywili była zatrudniona przez organizacje pozarządowe z siedzibą w Jordanii otrzymując stabilną pensję 200-300 $. Wraz z powrotem władzy centralnej źródło tych dochodów spadło do zera, a władze centralne nie były i nie są w stanie zorganizować zatrudnienia dla mas bezrobotnych. Brała się stąd frustracja spotęgowana tym, że życiowe doświadczenia nie ułatwiały znalezienia pracy.

Przytoczę zeznania jednego z byłych rebeliantów: „Nie mamy nic do roboty. Jedyne, co znam to bycie żołnierzem. Od pięciu lat jestem w grupie zbrojnej. Nie znam żadnej pracy. Myślę o dołączeniu do Wywiadu Sił Powietrznych, 5. Korpusu lub 4. Dywizji [Pancernej]. Amerykanie, Saudyjczycy i Jordańczycy używali nas jak papieru toaletowego, a następnie wrzucili do kosza na śmieci. Chcę dołączyć do organów bezpieczeństwa reżimu, aby chronić siebie i moją rodzinę oraz kupić chleb, aby nakarmić moje dzieci.”

Jedyną możliwością zatrudnienia stały się więc siły bezpieczeństwa, co rodziło frustrację, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej ci młodzi mężczyźni byli gotowi do nich strzelać. Brak pracy wymuszał jednak tak trudne decyzje. Ponadto po krótkim okresie normalności ceny zaczęły ponownie rosnąć. Związane to było z otwarciem handlowym pomiędzy Jordanią, a Syrią. Jordańczycy korzystając z okazji jeździli do Syrii po produkty, które były dużo tańsze, aby sprzedać je potem z zyskiem u siebie w kraju. Syryjscy przedsiębiorcy skorzystali z okazji i zaczęli podnosić ceny, które okazały się zaporowe dla lokalnych mieszkańców.

Rebeliantów do dalszej walki motywuje również więcej niż szczątkowe poparcie części cywilnych mieszkańców. Równolegle z zamachami odbywały się kolejne antyrządowe demonstracje w stolicy prowincji, czy próby blokowania głównych arterii komunikacyjnych.

Z uwagi na ciężkie walki w Idlib oraz zaangażowanie się Turcji przeciw armii syryjskiej gro sił wojskowych Syryjskiej Republiki zaangażowanych było na północy kraju. Kolejnym problemem była konieczność przerzucenia części sił na wschodnią stronę Eufratu celem zabezpieczenia strategicznych punktów i wsparcia obrony milicji kurdyjskich stojących przed widmem tureckiej ofensywy. Z tych powodów syryjska armia nie była w stanie przerzucić do Daary znaczących sił, które mogłyby wesprzeć jednostki bezpieczeństwa. Skrócenie frontu na północy kraju umożliwiło jednak relokację części jednostek frontowych, które obecnie operują na południu. Są to głównie elementy 4. I 5. Dywizji Pancernej.

Południowej Syrii grozi kolejna destabilizacja, wątpliwe by osłabieni i zniechęceni w znacznym stopniu do walk rebelianci zdołali odbudować swoją siłę tak aby przejąć ponownie kontrolę nad częścią prowincji, ale powtarzające się ataki będą negatywnie wpływać na odbudowę tego obszaru. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby obszary te ponownie stały się na powrót w pełni wrogie wobec Damaszku. Na tych obszarach pozostały jednak silne elementy ex-rebelianckie, jednak na poziomie regionalnym i międzynarodowym trudno w ogóle dostrzec chęć ponownego otwarcia frontu południowego. Głównym przeciwnikiem ponownego rozpalenia konfliktu w południowej Syrii jest Jordania, która mocno odczuła siedem lat wojny u swoich granic.

Kolejne zamachy będą wymuszały większą obecność wojska, a to z kolei będzie rodzić niezadowolenie negatywnie nastawionych do Damaszku ex-rebeliantów. Spirala może się nadal nakręcać, a wyjściem z tego błędnego koła może okazać się tylko szeroka operacja wojskowa celem zlikwidowania wszystkich komórek rebeliantów, a następnie przetransferowanie w ten region odpowiednich funduszy celem jego odbudowy. Do tego pierwszego potrzeba zgody Moskwy, do tego drugiego wsparcia finansowego Syrii udzielonego przez inne państwa. W chwili obecnej jedno i drugie wydaje się niezwykle mało prawdopodobne.

Sytuacja ta rodzi dla Damaszku wiele problemów. Południe kraju jest tym obszarem odzyskanym przez władze centralne, który jak dotąd dotknął największy powrót przemocy. W ciągu ostatnich tygodni doszło do dziesiątek ataków, a przez ostatnie półtora roku było ich tysiące. Zamachy, ataki na posterunki wojskowe, zabójstwa i porwania oraz ogrom innych przestępstw zagrażają bezpieczeństwu w prowincji. Dotychczasowe próby zmierzenia się z tą sytuacją przez Damaszek były mocno ograniczone, wprowadzano liczne amnestie, zwalniano z obowiązku odbycia służby wojskowej młodych mężczyzn z miast i wiosek, które zdecydowały się na pojednanie. Wszystko to potwierdzało jednak słabość centralnego aparatu państwa, a ex rebelianci szybko tę słabość dostrzegli, co doprowadziło do kolejnych, jeszcze silniejszych ataków. Kontrola i rządzenie obszarami, które wcześniej przez wiele lat były opanowane przez antyrządowe grupy jest zadaniem niezwykle trudnym, a sytuacja w Daarze musi być dla Damaszku poważnym ostrzeżeniem.

W związku z tym, że kontrola państwa nad tym obszarem jest właściwie iluzoryczna wzrosła przestępczość, głównie rozboje i kradzieże. Grunty rolne są podpalane przez nieznanych sprawców, co powoduje dalsze windowanie cen, większe niezadowolenie społeczne i kolejną falę przestępczości. Ogromna liczba małych, niezwiązanych mocno ze sobą grup rebelianckich utrudnia przeciwdziałanie aktom przemocy. Ogłoszono jednak powstanie nowej grupy al-Muqawama al-Shabia, która brała na siebie odpowiedzialność za znaczna część zamachów. Rzecznik grupy kilkukrotnie wypowiadał się do mediów, ale zarówno miejscowi, jak i obserwatorzy kwestionują to czy ta grupa w ogóle istnieje, wskazując że nie są znane personalia żadnego z rzekomych członków ugrupowania, co może oznaczać, że nie istnieje poza mediami społecznościowymi. Najbardziej prawdopodobnym wydaje się, że te ataki, a przynajmniej większość z nich, zostały przeprowadzone przez różne osoby lub grupy bez jakiejkolwiek koordynacji. Miejscowi ex rebelianci maja aż nadto powodów by prowadzić działalność zbrojną, mają zresztą niezbędne doświadczenie oraz mnóstwo broni, której mogą użyć.

Możliwe jest również, że za część zamachów odpowiadają osoby powiązane z Państwem Islamskim. Lojalna wobec niego grupa Khalid ibn al-Walid Army kontrolowała do lata 2018 roku południowo-zachodni fragment prowincji Daara. Kilkukrotnie potwierdzali swoją aktywność publikując nagrania z porwanymi żołnierzami oraz członkami sił bezpieczeństwa, którzy byli mordowani przed kamerami. Mają oni zresztą powody do walki zarówno z siłami związanymi z Damaszkiem jak i z ex rebeliantami.

Jakimś rozwiązaniem wydawało się włączenie ex rebeliantów w struktury prorządowych milicji i formacji bezpieczeństwa, ale wydaje się, że rozwiązanie to nie zdaje egzaminu. Niemal pewnym jest, że przynajmniej część rebeliantów, którzy obecnie są członkami V Korpusu współpracuje z tymi, którzy nadal prowadzą swoją, często prywatną, walkę z Damaszkiem. Przyznał to zresztą jeden z bojowników powiązanych z V Korpusem. Tym samym mają oni ułatwiony dostęp do broni, amunicji, czy materiałów wybuchowych. Fakt, że ex rebelianci zostali włączeni do choćby V Korpusu nie powoduje, że z dnia na dzień zmienili całkowicie poglądy i stali się zwolennikami prezydenta Assada. Oczywiście tak nie jest i próba pełnego pojednania zajmie wiele czasu, będzie wymagała ogromnych nakładów finansowych oraz dużych ustępstw ze strony Damaszku, a te są właściwie niemożliwe.

Znaczna część prowincji Daara ma znaczną autonomię, co powoduje i będzie nadal powodować napięcia. Zastanowić się jednak należy jak długo i w jakim stopniu władze centralne pozwolą na pozostanie takiego stanu rzeczy. Damaszek będzie oczekiwał przywrócenia swojej pełnej jurysdykcji nad tym obszarem. Pytanie tylko w jaki sposób dojdzie do tych przemian. Niemożliwym wydaje się właściwie scenariusz, w którym na skutek nowych negocjacji ex rebelianci zgadzają się na pełne pojednanie z władzą centralną.

W tej sytuacji pozostanie tylko kolejna operacja wojskowa, a ta na chwilę obecną blokowana jest przez rosyjskiego protektora. Sensownym rozwiązaniem byłoby przeprowadzenie kilku operacji celem rozbrojenia ex rebeliantów, odszukania wszystkich ukrytych magazynów broni, dobrego zabezpieczenia granic i ukróceniem korupcji. Dziennikarze z południa kraju wskazują zresztą, że dopóki cywile nie zostaną rozbrojeni (a więc również ex rebelianci) w prowincji nie będzie bezpiecznie. Jeden z nich w wywiadzie, który przeprowadził Aymenn Jawad Al-Tamimi przyznał: „Sytuacja nie jest pod kontrolą [Damaszku], panuje prawo dżungli. Wszyscy mają przy sobie broń. Nie wiesz, kto jest z tobą, a kto przeciwko tobie. Bezpieczeństwo nie powróci, dopóki cała broń nie zostanie odebrana cywilom.” W tej sytuacji zjawisko powtarzających się ataków na siły bezpieczeństwa, kolejnych ofiar oraz punktowych operacji antyterrorystycznych będzie trwać dopóki nie dojdzie do przesilenia. Damaszek czeka tylko i wyłącznie na zielone światło od Moskwy celem przeprowadzenia szerokiej operacji w całej prowincji. W chwili gdy publikuję ten artykuł oddziały 4. Dywizji Pancernej gromadzą się wokół miasteczka Tafas. Próby negocjacji ze starszyzną i przedstawicielami rebeliantów zakończyły się porażką. Jest więc jest więcej niż prawdopodobne, że w najbliższym czasie dojdzie do pacyfikacji Tafas, podobnie jak to miało miejsce w Sanamayn i Muzayrib.

Artykuł powstał wyłącznie dzięki wsparciu moich Patronów. Jeżeli chcielibyście dodatkowo wesprzeć moją pracę możecie rozważyć wsparcie mnie poprzez Patronite. Szczegóły znajdziecie w zakładce Wsparcie

Mapa przedstawia południe kraju. Kolorem białym i zielonym oznaczone są obszary działalności grup rebelianckich, które kontynuują walkę z podziemia.

Written by admin

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *